Burn the Rain!
Czwartek, 13 sierpnia 2009
· Komentarze(0)
Kategoria L (50-100)
Uhh... Ostatnie dwa dni to był istny koszmar! Piekło na Ziemi. No ale cóż, wreszcie przestał padać deszcz i całe szczęście po obiadku mogłem wyruszyć na rower. Ogólnie cały dzień miałem ruchliwy, bo rano pojechałem z bratem na kosza (autem) i wróciłem (na nogach). No a po obiedzie skoczyłem na rowerek.

Początkowo chciałem jechać wypróbować swojego nowego amorka na trasie Miechowice-Chechło, lecz szybko przekonałem się, że jazda po lasach z moimi oponami i brakiem błotnika nie będzie najlepszym pomysłem. Cóż, może i byłoby fajnie, ale na pewno nie gdybym wrócił do domu ;)
Pojechałem więc do chorzowskiego parku, gdzie wykonałem sobie jedną 7-kilometrową rundę wokół parku osiągając niesamowitą prędkość 55km/h (sic!) :P Stamtąd udałem się jeszcze dalej w stronę Katowic, żeby nieco pośmigać po ichniejszych dróżkach rowerowych. Nie zajechałem jednak aż do IKEI.

W drodze powrotnej skończyła mi się woda i na wysokości Figlolandu w Chorzowie zatrzymałem się przy kiosku, żeby kupić wodę i może jakiegoś batonika. Kioskarz nawet ruszył swoje cztery litery ze stołka, lecz niestety okazało się, że zapomniałem swojego budżetu zabrać. Cóż, trzeba było zacisnąć pośladki i wracać do domu o suchym gardle. Ale dojechałem!
BURN THE RAIN!

Początkowo chciałem jechać wypróbować swojego nowego amorka na trasie Miechowice-Chechło, lecz szybko przekonałem się, że jazda po lasach z moimi oponami i brakiem błotnika nie będzie najlepszym pomysłem. Cóż, może i byłoby fajnie, ale na pewno nie gdybym wrócił do domu ;)
Pojechałem więc do chorzowskiego parku, gdzie wykonałem sobie jedną 7-kilometrową rundę wokół parku osiągając niesamowitą prędkość 55km/h (sic!) :P Stamtąd udałem się jeszcze dalej w stronę Katowic, żeby nieco pośmigać po ichniejszych dróżkach rowerowych. Nie zajechałem jednak aż do IKEI.
W drodze powrotnej skończyła mi się woda i na wysokości Figlolandu w Chorzowie zatrzymałem się przy kiosku, żeby kupić wodę i może jakiegoś batonika. Kioskarz nawet ruszył swoje cztery litery ze stołka, lecz niestety okazało się, że zapomniałem swojego budżetu zabrać. Cóż, trzeba było zacisnąć pośladki i wracać do domu o suchym gardle. Ale dojechałem!
BURN THE RAIN!



