Wpisy archiwalne w kategorii

L (50-100)

Dystans całkowity:1136.85 km (w terenie 110.00 km; 9.68%)
Czas w ruchu:50:54
Średnia prędkość:22.33 km/h
Maksymalna prędkość:71.00 km/h
Liczba aktywności:17
Średnio na aktywność:66.87 km i 2h 59m
Więcej statystyk

Burn the Rain!

Czwartek, 13 sierpnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria L (50-100)
Uhh... Ostatnie dwa dni to był istny koszmar! Piekło na Ziemi. No ale cóż, wreszcie przestał padać deszcz i całe szczęście po obiadku mogłem wyruszyć na rower. Ogólnie cały dzień miałem ruchliwy, bo rano pojechałem z bratem na kosza (autem) i wróciłem (na nogach). No a po obiedzie skoczyłem na rowerek.


Początkowo chciałem jechać wypróbować swojego nowego amorka na trasie Miechowice-Chechło, lecz szybko przekonałem się, że jazda po lasach z moimi oponami i brakiem błotnika nie będzie najlepszym pomysłem. Cóż, może i byłoby fajnie, ale na pewno nie gdybym wrócił do domu ;)

Pojechałem więc do chorzowskiego parku, gdzie wykonałem sobie jedną 7-kilometrową rundę wokół parku osiągając niesamowitą prędkość 55km/h (sic!) :P Stamtąd udałem się jeszcze dalej w stronę Katowic, żeby nieco pośmigać po ichniejszych dróżkach rowerowych. Nie zajechałem jednak aż do IKEI.


W drodze powrotnej skończyła mi się woda i na wysokości Figlolandu w Chorzowie zatrzymałem się przy kiosku, żeby kupić wodę i może jakiegoś batonika. Kioskarz nawet ruszył swoje cztery litery ze stołka, lecz niestety okazało się, że zapomniałem swojego budżetu zabrać. Cóż, trzeba było zacisnąć pośladki i wracać do domu o suchym gardle. Ale dojechałem!

BURN THE RAIN!

City ridin'

Poniedziałek, 10 sierpnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria L (50-100)
03:50 - Budzik. Pobudka, podnoszę się z łóżka ledwo co i stwierdzam, że nie dam rady wyjąć roweru z "pokoiku". Kładę się z powrotem do łóżka i nastawiam budzik na 06:00.

05:35 - Znów się budzę, tym razem z wielkim sukcesem. Szybciutko przebrałem ciuchy, zjadłem jogurcik wiśniowy, uzupełniłem litrowy zapas isostara i zszedłem na dół. Było okropnie zimno, ale myślałem, że jeśli będę się ruszał to będzie lepiej. Niestety, przejechałem 200 metrów i musiałem zawrócić do domu po bluzę.

06:00 - Ponownie zszedłem na dół, tym razem w bluzie i bez lampki, bo było już jasno. Byłem gotowy do jazdy, lecz niestety zapomniałem aparatu, o czym przekonałem się dopiero kilka kilometrów za domem. Nie wracałem po niego.

07:00 - Jestem na rynku w Katowicach, po przekroczeniu ronda na głównej ulicy wyjechałem w złą stronę, lecz ku mojemu zdziwieniu na chodniku malował się znaczek rowerzysty. Droga rowerowa! Z prawdziwego zdarzenia, w Katowicach. Mimo to skoczyłem do mojego pierwotnego punktu docelowego - Dworca Głównego w Katowicach, a potem wracając wjechałem z ciekawości w tę drogę rowerową. Wyjechałem na Zawodziu i poznałem drogę, którą jedzie się na giełdę do Mysłowic. Odbiłem w lewo i niebawem moim oczom ukazał się pewien szwedzki, niebiesko-żółty sklep. "O kurcze, daleko mnie wywiało," pomyślałem sobie.


07:30 - Po minięciu IKEI twardo jechałem dalej i w końcu wyjechałem w centrum, gdzie dalej prowadziły mnie wybrukowane, czerwone chodniki. Przejechałem obok jednego z accorowskiej sieci hotelu i wyjechałem przy rondzie.

09:00 - Jestem w domciu! ;)

16:00 - Dryń! Dryń! To kurier z moim nowym amortyzatorem!

21:17 - Wyjeżdżam na krótką przejażdżkę wokół osiedla. Amorek jest niesamowity, już nie muszę przejmować się dziurami, czy krawężnikami. A w nocy w lesie jest (buuuu!) strasznie! :D

Magiczna moc Isostar'a.

Niedziela, 9 sierpnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria L (50-100)
SS1: Helenka i okolice (11km)


Dziś nocowali u nas znajomi z Krakowa i razem z rodzicami i bratem wybierali się na naszą leśniczówkową polanę około godziny 11.00. Ja tam siedzieć na tyłku nie lubię (no, chyba, że w Grecji!) więc wziąłem rower i jeździłem. Na początek pojechałem lasem na Helenkę, a w między czasie trafiłem jeszcze na jakieś masakryczne zadupie i musiałem się cofać pod masakryczną górkę. Ale było fajnie - wróciłem na polanę i odpocząłem kilka chwil - jazda w terenie jest o wiele bardziej męcząca.

SS2: Bytomska Plejada i Osiedle Młodego Górnika (15km)


Niezbyt ciekawa trasa, choć prowadząca przez Osiedle Młodego Górnika w Zabrzu, gdzie możemy natknąć się na w miarę ciekawy zalew obstawiony przez wędkarzy.

SS3: Chechło (34km)


Na temat tej trasy mógłbym pisać bardzo wiele. Ma zróżnicowany teren, zróżnicowaną nawierzchnię, fajne wzniesienia i fajne krajobrazy. Ogólnie jedzie się po niej bardzo fajnie i mimo zmęczenia, jakie występuje podczas jazdy pod górkę chce się jechać dalej. Nad samym Chechłem niestety nic ciekawego, jako że nie wiele widziałem mimo mojego wzrostu, ponieważ, hmm... zleciała się cała wiocha. :D W drodze powrotnej natknąłem się na mały wiejski (w porównaniu do naszego) odpust. ;) Trasa ta dała też trochę czadu moim rękom ze względu na ten amortyzator, jaki mam. Dlatego też nie mogę doczekać się dnia jutrzejszego, montażu i testowania nowego amorka.


Tytułem końca, chciałem jeszcze nawiązać to tematu tego wpisu, czyli magicznej siły isostara. Wczoraj zrobiłem bardzo podobną ilość kilometrów w bardziej sprzyjających warunkach pijąc wodę ze swojego bidonu. Dziś za to piłem isostara i, tak jak jest napisane na okładce, mój performance był 19% lepszy. Nie kłamię, to prawda!

Więcej zdjęć z dzisiejszej bardzo udanej wycieczki tutaj :)

EPKT Spotting

Niedziela, 26 kwietnia 2009 · Komentarze(0)
Kategoria L (50-100)
Miechowice-Tarnowskie Góry-Chechło-Pyrzowice-Piekary Śląskie-Miechowice


Więcej zdjęć można znaleźć tutaj


Dziś wystartowaliśmy o godzinie 10.00. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zatrzymaliśmy się aby postawić kasę na wygraną Vettela w dzisiejszym wyścigu. 10zł. Pojechaliśmy dalej już w stronę naszego dzisiejszego celu - Chechło. Przepiękna okolica, gdzie woda ciepła, a piwo zimne. Nie byłem do końca pewien, co do trasy, którą mamy obrać - już dość dawno na Chechło nie jechałem, a to był pierwszy raz, gdy jechałem tam sam. Udało się nam jednak bezpiecznie dotrzeć. Co nas zaskoczyło to to, że było tam dzisiaj wyjątkowo mało ludzi. Posiedzieliśmy chwilę, odpoczęliśmy i Kamil zarzucił hasło, aby pojechać na lotnisko.

Na początku pomyślałem, że Kamilowi kask mózg przegrzał, lecz po dogłębnej jego analizie doszedłem do wniosku, iż Kamil mówi serio, ponieważ jego głowa nie mogła się zagrzać - jego kask ma dużo 'ventylatorów', co skutecznie (powinno) wietrzyć jego głowę. Po krótkiej analizie i dyskusji oraz zapewnieniu mnie, że na wyścig zdążymy udaliśmy się, jak to powiedział Kamil "tam" pokazując ręką w prawo.

Okej, możemy jechać "tam" bylebyśmy zdążyli na 14.00. Po kilku kilometrach przejechanych pośród pięknego zapachu kwitniejących drzew dostaliśmy się na, że tak to określę, drogę główną. Tam też stał pewien facet, którego zapytaliśmy o drogę i odległość, którą przyjdzie nam przebyć. Facet miał z grubsza rację i po mniej więcej 30 minutach byliśmy na lotnisku. Tam też spotkaliśmy Kubę, którego serdecznie pozdrawiam!

Na lotnisku spędziliśmy góra 15 minut i udaliśmy się w drogę powrotną. Licznik pokazywał już 31km, a moje nogi mówiły mi, że znajduję się gdzieś w bliżej nieokreślonych okolicach Wschodniego Kaukazu. Ot, taka synchronizacja. Nasz główno-dowodzący obrał tym razem inną trasę prowadzącą przez Piekary Śląskie i to się opłaciło. Po godzinie jazdy byliśmy już na bytomskiej obwodnicy i widzieliśmy nasze osiedle.

Reasumując - wycieczka bardzo udana i oby więcej takich wyjazdów w tym roku! Dzięki Panowie za fajną jazdę i mam nadzieję, że następnym naszym celem będzie co najmniej lotnisko w Balicach!

Poświąteczne spalanie tłuszczu.

Wtorek, 14 kwietnia 2009 · Komentarze(4)
Kategoria L (50-100)
Bytom-Chorzów-Katowice-Chorzów-Zabrze-Bytom




Święta, święta... i po świętach! A z zakończeniem świąt związane jest to, że po nich zawsze stajemy się bardziej ociężali i otyli, a połowa społeczeństwa ląduje w karetkach pogotowia w wyniku przejedzenia. Co by nie mówić, ja też pojadłem, acz nie wylądowałem w szpitalu i z tego powodu postanowiłem spalić dziś trochę kalorii.
Po raz pierwszy w tym roku zamierzałem pójść na rower sam i przekonać się, czy jest lepiej. I było - z moim zestawem słuchawkowym przez który rozbrzmiewał głos Marioli z Antyradia było mi dużo lepiej, niż z gadającymi kolegami, którzy ciągle robią przerwy i trzeba na nich czekać. Pojechałem z Miechowic do Katowic i z powrotem, lecz dołożyłem do trasy jeszcze 12km i wróciłem przez Zabrze.