Co prawda miałem dodać opis tej wycieczki do Katowic, lecz minęło już dość sporo czasu od kiedy mogłem w ogóle ponownie zacząć myśleć o rowerze i generalnie to średnio chce mi się opisywać tą wyprawę.
W dwóch słowach? Niesamowicie ciężko!
PS. Pozdrowienia dla pana Jacka Heroka, którego spotkałem przy ul. Dworcowej w Bytomiu :))
Dziś rano obudziłem się i bolało mnie wszystko - począwszy od ud, przez pośladki, plecy, brzuch i łeb. Ponadto musiałem wziąć się za czytanie Makbeta...
Ale słoneczko zachęcało jednak do choć małej przejażdżki, mimo ogromnej chlapy błota i mokrego śniegu jakie czekało na mnie za oknem. Wyjechałem około 10 rano na rowerze od taty, bo mój został w kantorze. Pojechałem na statoila napompować tylną oponę i wsio - za kerfa, mostkiem nad staw znajdujący się na osiedlu Młodego Górnika w Zabrzu i stamtąd przez kopalnię w miechowicach do domu.
Tak uwalonego polaru jak dziś nie miałem jeszcze nigdy - plecy były dosłownie całe z błota, a rower wygląda niczym z reklamy VW Transportera - dobrze, że tata jeszcze go nie widział :D
PS. Wczoraj sucho, dzisiaj śnieg - w końcu to marzec!
Dziś rano byłem sam na rowerku z małą nadzieją, że potem pojedziemy z moją ukochaną Myszką razem gdzieś do centrum, albo cuś i udało się - zaraz po moim powrocie do domu telefonik, Myszka się obudziła i umówiliśmy się, że za pół godziny jedziemy na rowerek.
Cel: Bytom, centrum, ul. Przechodnia bodajże - miejsce pracy mamy Myszki :D
Wyjechaliśmy bardzo sprawnie, wyglądaliśmy ślicznie, bo mielismy takie same sweterki ;) Zatrzymaliśmy się po drodze jeszcze na STATOILu żeby napompować oponki i pojechaliśmy dalej. Pogoda nie rozpieszczała tak jak rano - słoneczko chowało się za chmurami a w okolicach karbia rozpadał się mocny śnieg, który przez resztę drogi walił nam po oczach. Temperatura - za niska na "sunbathing"
Efektem niesprzyjającej aury było zostawienie rowerków w kantorze i powrót z przemiłym panem taksówkarzem. ;)
Mimo tej niesprzyjającej pogody było superos, już nie mogę doczekać się kolejnego wpisu w tej kategorii ;***
Od września nie bardzo była motywacja do jazdy: szkoła, zła pogoda, nauka, szkoła, zła pogoda, szkoła... Czekałem tylko na spadnięcie śniegu, który wreszcie dałby mi jakiś bodziec do napompowania opon i ruszenia w drogę. Tak też się stało i 19 grudnia mogłem po raz pierwszy od dłuższego czasu wyjść na rowerek :)
Trasę na początek nie chciałem wybierać za ambitnie, a i czas mnie gonił, bo obudziłem się o jakąś godzinę za późno: pojechałem więc na DSD, do Suchej Góry, aby sprawdzić warunki snowboardowe i ilość ludzi.
Napompowałem sobie niewiele powietrza, bo pamiętam z Top Geara, że jeśli mam mniejsze ciśnienie, to opona przylega do nawierzchni większą powierzchnią, przez co generuje lepszą przyczepność i rzeczywiście, w lesie na grubym puchu to się sprawdzało, lecz na utwardzonej drodze jechało się dość ciężko.
Mimo to pierwsza zimowa jazda tego roku bardzo udana i mam nadzieję, że uda się w tym roku jeszcze parę kilometrów zrobić w zimie :)